21 października 2009

9

By nadgonić straty w czasie antenowym, przypomniałem sobie wczoraj o jednym z cudów jakim zostaliśmy obdarzeni. Tym cudem jest najbardziej wrażliwe miejsce w ciele człowieka i co ciekawsze zostały nim obdarzone tylko kobiety (mając na myśli wrażliwość). Tematem dzisiejszych rozważań będzie nic innego jak clitoris.



Niewiele kobiet poświęca swoje myśli znaczeniu tego miejsca, choć wszystkie zdają sobie sprawę jaką siłę posiada część, która w języku polskim nosi nieefektowną nazwę łechtaczka. Sama wikipedia niewiele miejsca poświęca tematowi:

"Łechtaczka (łac. clitoris) – nieparzysty, zewnętrzny narząd płciowy samic ssaków. Znajduje się w pobliżu przedniego połączenia warg sromowych mniejszych (labia minora pudendis). Część widoczna znajduje się powyżej pochwy. Odgrywa podstawową rolę w pobudzeniu seksualnym i orgazmie."

Największym bluźnierstwem wobec ciała, jakie kiedykolwiek stosowano jest obrzezanie właśnie tej części somatycznego układu. Rytualnie stosuje się jeszcze takie praktyki w środkowej Afryce, od niedawna w Egipcie, a najczęściej w Etiopii (zarówno przez etiopskich żydów jak i chrześcijańskich Koptów. A robiono to po to, by obniżyć kobiece libido i tym samym uprzedmiotowić smukłe afrykanki względem mężczyzn. Haniebne i niedorzeczne, a ma miejsce do dziś.

Aby jednak pozostawić sferę nieprzyjemnych rozmyślań nad religijnymi rytuałami, skupmy się na tym co najważniejsze. W poprzednim artykule napomknąłem o pewnej Pani, która cały, niesamowicie interesujący rozdział swej książki, poświęciła clitorisowi. Natalie Angier sprawiła tymi słowami, że zwariowałem swego czasu na punkcie ewolucji człowieka, chaosu i jednocześnie potrzeb natury, weryfikowanych doborem naturalnym. Z uwagi na przeolbrzymie braki literatury przedmiotu, główną przesłanką dla tegoż artykułu pozostanie właśnie ta pozycja. Polecam też francuski dokument "Łechtaczka, piękna nieznajoma" (Le clitoris, ce cher inconnu) z 2002 roku. Przyjemnie się ogląda.

Clitoris jest głównym motorem napędzającym kobiecy orgazm, a Freud dyskredytując jego rolę i nazywając infantylnym, bo wynikającym ze szczątkowego prącia, powinien zwyczajnie dostać w pysk by się ogarnąć. Na szczęście nasze Zygmunt jest bardziej znany ze Wstępu do psychoanalizy i zalecania pacjentom kokainy, a jego odniesienia do kobiecej anatomii, nie mają takiej wartości jak niegdyś.

Spór o potrzeby istnienia tej części ludzkiego ciała toczony jest do dziś, bo jak żaden inny erogenny punkt na ciele człowieka, ten ma tylko jeden cel. Clitoris służy li tylko temu by kobieta zdołała osiągnąć orgazm. O ile penis jest przedłużeniem płodności, tak clitoris, nie ma żadnej innej zdolności jak tylko ukrwienie się i kozackie szczytowanie, które może mieć miejsce wieloktotnie, kilkatrotnie, kilekadziesiątkrotnie i teoretycznie kilkasetkrotnie w ciągu dnia. Darwiniści twierdzą, że ewolucja może podążać ku zanikowi guziczka, bo niby po cholerę kobiecie orgazm, skoro starczy jej płodność. W moim mniemaniu guzik (tak naprawdę wyglądem przypomina męski penis, choć zdcydowanie mniejszy i w większej części schowany) się przydaje do napędzania chęci i przyzwoleń, które natura już wie jak potem wykorzystać. Na szczęście nigdzie nie doczytałem by była to akceptowana przez większą ilość ewolucjonistów, teoria).

Clitoris nie jest głupi. Przekazuje kobiecie bodźce, które mówią jej, że superfajniej jej będzie, gdy będzie miała panowanie choćby w małym procencie nad ruchami frykcyjnymi. Błędem jest przeświadczenie, że ostry sex z rzucaniem panną po ścianach, to orgazmiczne marzenie kobiecego ciała. Oczywiście każda nakręca się na swój sposób, ale każda też dokładnie wie gdzie przycisnąć i z jaką siłą, o czym świadomie bądź nie informuje partnera. A wszystko to z polecenia tego małego skurczybyka.

Wracając do potrzeby istnienia jakże ważnej części kobiecego zaułka Wenus, przypomnijmy wszystkim, że mężczyzna aby zapłodnić kobietę wcale nie musi wejść na wyżyny orgazmu. może go wcale nie mieć, bo kilka chwil przed nim, część nasienia i tak się wydostaje, stąd stosunek przerywany można między bajki włożyć, a nie tam gdzie coponiektórzy sądzą. A jednak siła ejakulacji pomaga. Z drugiej strony mamy kobiecy orgazm, pobudzający szyjkę macicy do specyficznych ruchów, które pomagają nasieniu dostać się do bramy łączności DNA. Czyli. Kobieta może zajść w ciąże bez męskiego orgazmu i kobieta może zajść w ciążę bez własnego orgazmu, a przy pomocy ejakulacji. Sprytne, nie? Tajemnica natury niczym puszka Pandory.

Cóż, to dwa razy bardziej od penisa unerwione miejsce, króluje na mapie ludzkiego ciała i niech tak zostanie. Jeśli mężczyźni potraktują guziczek poważnie, to nie będą musieli zastanawiać się czy znaleźli punkt Grafenberga, czy nie. A też istnieją teorie na to że, punkt G to nic innego jak koniec części clitoris. Ten, kto potrafi obchodzić się należycie z tą częścią ciała, potrafi też obchodzić się z kobietą. W Sensie życia wg Monty Pythona, odnaleźć można było rozdział dotyczący lekcji seksualnej, gdzie uczeń podniecanie kobiety chciał rozpocząć od tego właśnie miejsca. Niestety kobiety nie działają jak przycisk "power" w pilocie od telewizora. Gdyby na takim porównaniu się opierać, należałoby w samym urządzeniu zająć się przyciskiem "tune" i wtedy próbować włączać i sprawdzać czy działa należycie i czy aby dostrojenie jest optymalne. Chwała naturze, a kobietom pozazdrościć.


_


- bibliografia:
Wikipedia: hasło clitoris
Le clitoris, ce cher inconnu, Francja, 2002
Natalie Angier, Kobieta. Geografia intymna, Warszawa, Prószyński i S-ka. Wyd II 2001
Sens Życia wg Monty Pythona, Wielka Brytania, 1983

20 października 2009

8

Założenia tygodniowe runęły jak amerykańska gospodarka i też z problemów czysto technicznych :)

Póki korzystam z urlopu, mogę chwilę spędzić nad rozważaniami płciowymi. Zajmiemy się dziś problemem typowo męskim - często spotykanym w dowcipach czyli "jasna dupa ale ona truje".


Od dłuższego czasu zastanawiałem się z czego to wynika, że w poważniejszej relacji tak się dzieje niemal zawsze. Osobiście sam się poddałem, wiedząc, że robiąc szpagat i stając na głowie, nie osiągnie się perpetum mobile szczęśliwego związku, tak w dalszej w sferze rozmyślań pozostaje kwestia odniesienia potrzeb do zachowań. Wyrażam ostatnio opinię, że jeśli nie możesz nic poradzić na rzeczywistość to staraj się zmieniać do niej swój stosunek. To wiele pomaga.

Pytanie zasadnicze, które często przewija się w moich postach: Skąd więc się bierze fakt, że kobietom z a w s z e coś nie gra?

Wracamy do korzeni. W latach gdy szowinizm miał się całkiem nieźle (czyt. okres jaskiń i męskiego zapachu legowiska pierwotnego), kobiety nie miały za bardzo na co narzekać. Gość był albo dobrym ojcem/ opiekunem albo z niczym sobie nie radził, licząc na korzyści jakie daje stadne życie. Z tym, że jak pokazują badania niegdyś nie byliśmy takimi orędownikami monogamii tak jak ma się to dziś i co jest społecznie akceptowane. Jak opisała Natalie Angier, przedstawiając nierozwiązany jeszcze problem istnienia clitoris (o tym jeszcze będzie pewnie niedługo), "nasze przodkinie zachowywały się niczym samiczki bonobo (małpki, będące spokrewnione z szympansem i człowiekiem, u których seksualność stoi na niesamowicie wysokim poziomie- przyp. aut.), traktujące seks jako klucz do wszystkiego - do zdobywania przyjaźni, łagodzenia nastrojów, do wyłudzania mięsa lub przysług od dowolnej liczby partnerów oraz do skutecznego zaciemniania kwestii ewentualnego ojcostwa". Przy takiej interpretacji, my mężczyźni staramy się cholera od zawsze, ale one od momentu pojawienia się modelu 2+ dzieci, nie mogą (a raczej nie powinny) wykorzystywać swoich możliwości/ zalet dla podobnych oczekiwań wobec wielu mężczyzn z jednej społeczności (żadna to Eureka, że poniekąd świadomie nas wykorzystują). Zostaje tylko ten jeden, ukochany zresztą, który ma kobiecie dać dokładnie to czego ona c h c e ! I spróbuj nie dać.

Problem się rodzi od razu wtedy, gdy kobieta poznając mężczyznę niesłusznie założy, że on się zmieni. Jeszcze ciekawiej, panuje opinia, że ona go zmieni. Do przewidzenia jest, że zrezygnuje z nawyku pozostawiania wszędzie skarpetek, ale gość, który przyzwyczjony do darcia ryjka przy ligowym meczu, może nie pamiętać o tym, że osoba, którą kocha chciałaby pokazać swoje kolczyki w teatrze. Co więc musiałby zrobić mężczyzna? Ustalać plan na cały tydzień - zaskakiwać, obdarowywać, wymyślać i przede wszystkim mówić mówić i jeszcze raz mówić do niej w taki sposób jaki ona lubi. A to akurat trudne nie jest, bo sama Ci to szybko powie - o ile nie wypełnisz watą jej kolan niespodziankami, w taki sposób, że już tylko w łóżku będziesz musiał się sprawdzić (jakkolwiek gdy kolana miękkie, to problem z jej zadowoleniem może mieć ewentualnie impotent). Niewiele znam takich par, które po kilku miesiącach nie napotykałyby problemów roszczeniowych. Zawsze jest coś źle :)
Nauczyłem się (albo mnie nauczono), żeby od razu reagować. Często z rozemocjonowaną naturą kobiety nie wygrasz na kontrargumenty, więc należy robić tak, aby wykazać że to nie jest problem, kierując ją na inny tor i akceptując rozwiązywalność bądź nierozwiązywalność problemu. Przez rozwiązywalność problemu rozumiem sytuacje sprzątania po sobie, nieregularne bukiety (bo jeśli byłyby regularne to nie byłoby problemu, rajt? rajt.) i przede wszystkim bliskość, bo to ona (ta bliskość), jak w stadzie małpek bonobo, daje poczucie bezpieczeństwa. Ale za żadną cholerę nie pozwól, by problem przerodził się w foch - z tego piekła to nawet spokój Cię nie uratuje i z roli naturalnego dominatora, mającego zapewnić kobiecie spokój, staniesz się męski jakby mniej. Niby czasy zniewieściałych mężczyzn przemijają, ale takich, za przeproszeniem dup wołowych, jest sporo. Mimo że wielu mężczyzn woli (nie wiedzieć mi teraz czemu) kobietę czystą, w rozumieniu braku wcześniejszych związków, tak jej wcześniejsze doświadczenia z kolesiami, którzy nie spełniali i nie pilnowali swoich obowiązków, rzutuje na tym, że marudzenie staje się wątkiem i osnową dla tkania kolejnych problemów. Marudzić będą, bo potrzebują, a chłopiec jest po to by w marudzenia plecienie się nie mieszać, a wręcz tkaninę problemu rozwiązać. Wcale nie musi być to wojna nerwów. Pokaż mi kobietę, która zawsze dokładnie wie czego chce od partnera, a pierwszy się ukamienuję. Niech truje, ani świat idealny, ani Ty. Powodzenia.



-
bibliografia:

Natalie Angier, Kobieta. Geografia intymna Warszawa, Prószyński i S-ka. Wyd II 2001